Jesienne Trudy 2009

4 01 2010

W dniach 18-20 września 2009 r. w Dolicach niedaleko Stargardu Szczecińskiego odbył się III Długodystansowy Rajd na Orientację „Jesienne Trudy”. Byłem na tej imprezie już w ubiegłym roku, startując na trasie pieszej 50 km. Wspominam tamtą imprezę jako bardzo kameralną, z łatwą nawigacją. Nie można również pominąć atmosfery na imprezie, dzięki kameralności uczestnik nie jest tam anonimowy, tak jak na innych rajdach. Główny organizator, Wojtek Wieczorek (Wojo), znalazł czas, żeby z każdym zamienić chociaż kilka słów. Mając pozytywne wrażenia z ubiegłego roku, bez wahania zgłosiłem się do tegorocznego startu (impreza miała w moim kalendarzu priorytet). Tym razem wybieram trasę pieszą 30 km, gdyż nie chcę się za bardzo zmęczyć, bo dwa tygodnie po „Jesiennych Trudach” wybieram się na Maraton w Puszczy Kampinoskiej, pieszą liniówkę na 100 km. Najpierw w sobotni ranek o godz. 7.00 startowała trasa 100 km, po raz pierwszy w tym roku zgłoszona do Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Na liście startowej kilkanaście znanych w światku napieraczy nazwisk. Trasy 30 km i 50 km startowały o godz. 11.00. Relację Grześka Łuczko ze zmagań na trasie pieszej 50 km oraz drugą – z trasy rowerowej 100 km przeczytacie na jego blogu – „PK4” (polecam).

Trasa 30 km składała się z dwóch etapów: 25 km (E1) i 5 km (E2). Na E1 były cztery punkty kontrolne, a limit czasu wynosił 6 godzin (+ 2 godziny limitu dodatkowego z minutami karnymi), na E2 – dziesięć punktów kontrolnych, a limit czasu wynosił 2 godziny. E1 odbywał się na mapie kolorowej w skali 1:50000 z dodatkowymi fragmentami czarno – białymi w skali 1:10000 obejmującymi punkty kontrolne i ich najbliższe otoczenie, E2 – na mapie 1:10000. Moja trasa była najskromniej obsadzona (wystartowało 11 osób), a i nazwiska zgłoszonych osób niewiele mi mówiły (poza Mirkiem Woroną, z którym na rajd przyjechaliśmy z Bydgoszczy razem). Założenia przed startem miałem niezbyt ambitne: ukończyć trasę przed zmrokiem, czyli przed godz. 19.00 (świadomie nie zabrałem z domu latarki), co daje czas przejścia 8 godzin.

Start na trasy 30 km i 50 km miał miejsce przy Gimnazjum w Dolicach. Po krótkim wspólnym odcinku zawodnicy obu tras rozdzielili się. Adrenalina udziela się dużej części startujących, od początku większość kieruje się na PK1 biegiem lub truchtem tak, że po niedługiej chwili zostaję prawie na końcu stawki (za mną zostały bodajże tylko Basia i Natalia). Namierzenie punktu w narożniku lasu nie sprawia mi problemów (najpierw ignoruję punkt stowarzyszony, potem po podbiciu punktu właściwego widzę jeszcze jednego „stowarzysza”). Teraz przejście na PK2, który ustawiony jest na południowym brzegu niewielkiego jeziorka położonego wśród pól. Najlogiczniej wydaje się iść przez wieś Moskorzyn ze stadniną koni. W ostatniej chwili zmieniam plan i do Moskorzyna idę północnym skrajem lasu, rezygnując z wariantu leśnymi drogami. Za Moskorzynem zaczął się odkryty teren. Patrzę przed siebie, oglądam się za siebie i nie widzę żywej duszy. Dochodzę do jeziorka, znajduję punkt, przechodzę wzdłuż brzegu w jedną i drugą stronę, by upewnić się, że nie jest to „stowarzysz” i podbijam PK2. Teraz oczywisty przelot z PK2 na PK3 przez dużą popegeerowską wieś Żalęcino. Idąc ciągle wypatruję innych uczestników i nic. W końcu, gdy minąłem duże osiedle (blokowisko) w Żalęcinie dzwoni telefon. To Mirek Worona, pyta gdzie jestem. Odpowiadam, że właśnie wychodzę z takiej dużej wsi. „Żalęcino?” – upewnia się Mirek. Potwierdzam. „A ja właśnie wchodzę do Żąlęcina” – informuje Mirek. Jestem mocno zdziwiony, gdyż po starcie oglądałem Mirka plecy i wiedząc, że pokonuje on trasę częściowo biegnąc spodziewałem się, że jest sporo przede mną. Idąc do Szemielina i dalej do PK3 ciągle oglądam się próbując namierzyć Mirka i w końcu będąc już niedaleko punktu wydaje mi się, że widzę go wychodzącego z Szemielina. Na PK3 stał namiot z obsługą sędziowską, obok namiotu stał lampion, ale to podpucha („stowarzysz”), właściwy punkt stał z drugiej strony namiotu (chwilę trzeba popatrzeć na wycinek mapy w skali 1:10000, żeby się upewnić). Podbijam punkt i na odchodne pytam sędziego, czy ma orientację, który mniej więcej jestem. Otrzymuję odpowiedź, która wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Jestem pierwszą osobą, która na ten punkt w ogóle dotarła (licząc wszystkie trzy trasy piesze). Dla tras 50 km i 100 km był to jeden z ostatnich punktów kontrolnych do zaliczenia, ale gdzie się podziali wszyscy ci z trasy 30 km, których plecy oglądałem zaraz po starcie? Nie bardzo chce mi się to pomieścić w głowie, gdzie można było się zgubić, wszak przeloty między punktami były dosyć proste. Ruszając z PK3 na PK4 mijam się z Mirkiem, umawiamy się, że będziemy napierać razem. On idzie podbić punkt, a ja wychodzę na łąki, żeby rozpoznać możliwość przejścia (przeskoczenia) rowu. Okazuje się, że ten rzekomy rów to konkretny kanał szerokości 8-10 metrów (Mała Ina), bez mostku nie do przejścia. Decyduję się do PK4 iść przez Morzycę (można wybrać jeszcze wariant przez Kolin). Przed wejściem w las pokazuję Mirkowi, w którym kierunku się udaję. Droga w tym lesie była cokolwiek cherlawa i po chwili zaliczam wtopę, gubię ją i odchodzę za bardzo na południe. Kilka minut chaszczowania w kierunku wschodnim i ponownie odnajduję drogę, która z czasem staje się coraz wyraźniejsza. Po Mirku ani śladu. Wydaje mi się, że on nie miał problemu z zanikającą drogą i jest teraz przede mną (okazało się, że Mirek tracąc mnie z oczu zawrócił i wybrał wariant na północ przez Kolin, ale ja o tym dowiem się dopiero na mecie). W lesie widzę parę mieszaną, uczestników moje trasy, ale skąd oni idą? Kierunek skąd nadchodzą wydaje mi się bardzo dziwny. Potem wychodzę na odkryty teren, po moście przechodzę przez Małą Inę i po przejściu wsi Morzyca, obok stacji PKP idę na PK4. Tu zagadka, której rozwiązanie zajęło mi kilka minut. Widzę punkt, ale wydaje mi się, że to „stowarzysz”. Kręcę się w kółko, obracam mapę na wszystkie strony, w końcu nabieram pewności, że jest to właściwy punkt i podbijam go. Zmieniam koncepcję dojścia do bazy, początkowo chciałem wrócić do Morzycy i do Dolic pójść szosą, ale w końcu decyduję się na wariant „północny” drogami leśnymi i polnymi. Do bazy docieram bez problemu. Tu organizatorzy nadal upierają się, że jestem pierwszy. Nie ma więc czasu celebrować odpoczynek, kilka łyków izotonika, biorę mapę i ruszam. Teraz mapa w skali 1:10000 składająca się z pięciu części oznaczonych od A do E (poszczególne fragmenty trzeba połączyć ze sobą, nałożyć na siebie) i do zaliczenia dziesięć punktów kontrolnych. Okazuje się, że tylko teoretycznie. Dwukrotnie punkty kontrolne (PK2 i PK3 oraz PK7 i PK8) występują na dwóch różnych fragmentach mapy, ale są to w istocie te same punkty kontrolne, które na kartę startową trzeba wpisać dwukrotnie (raz jako „2” i drugi raz jako „3” oraz raz jako „7” i drugi raz jako „8”). W praktyce do zaliczenia jest więc osiem punktów kontrolnych. Ruszam żwawo, nie chcę stracić prowadzenia. Co i rusz muszę tłumić w sobie wybuchy entuzjazmu, to jeszcze nie koniec, na radość przyjdzie czas na mecie. Nie można sobie pozwolić na dekoncentrację. Historia rajdów na orientację zna zapewne wiele przykładów, gdy zwycięstwo traci się na ostatnich dosłownie metrach. Sprawnie zaliczam kolejne punkty kontrolne, ciągle nie mając kontaktu wzrokowego z innymi uczestnikami. Jest dobrze. Małe schody są przy PK9. Widzę lampion, ale to nie ten. Na skrzyżowaniu szosy i dróg gruntowych obchodzę wszystkie narożniki, ale ni-dudu. To co wisi, to dla mnie ewidentny „stowarzysz”. Nie ma co kombinować, decyduję się wpisać na kartę startową BPK (brak punktu kontrolnego) i marsz do dziesiątki (po imprezie Wojo potwierdził, że punkt musiał zostać zerwany przez osoby postronne). Widzę już dziewczyny stanowiące obsługę sędziowską mety, ale trzeba jeszcze podejść na PK10. Wiem, że nic mi nie może już odebrać zwycięstwa. Wiktoria. Po krótkim odpoczynku wracam na metę. Przy PK9 widzę Mirka Woronę, czeszącego teren. W efekcie Mirek jako drugi dochodzi na metę, 14 minut po mnie. Pierwsze miejsce cieszy, ale mam świadomość, że gdyby wszyscy uczestnicy „Jesiennych Trudów” wystartowali na 30 km, to miałbym szansę na miejsce gdzieś w trzeciej dziesiątce. Analizując na zimno, to cieszy przede wszystkim to, że wyprzedziłem Mirka (do tej pory zawsze sporo mnie wyprzedzał). Cieszy także zaliczenie trasy w niecałe 6 godzin (zamierzałem się zmieścić w ośmiu godzinach) oraz przejście jako jedyny uczestnik TP30 całej trasy na czysto, bez kar czasowych. Już uczestnik na drugim miejscu w klasyfikacji zarobił 10 minut karnych za przebicie na karcie startowej ze „stowarzysza” na punkt właściwy (stąd moja przewaga 24 min. w klasyfikacji końcowej), a inni tych minut karnych nałapali jeszcze więcej. Czemu zawdzięczam zwycięstwo, mimo niskiej lokaty zaraz po starcie? Okazało się, że moi rywale polegli na PK1 (narożnik lasu na granicy z polem uprawnym). Po starcie pognali żwawo przez pole do lasu pokazując mi plecy i tam mieli problem z dojściem na punkt. Ja przyatakowałem punkt od strony pola i w efekcie na PK1 byłem już trzeci (wynika to z analizy międzyczasów zamieszczonych przez organizatora). Zaraz po podbiciu punktu wyszedłem na prowadzenie, którego nie oddałem już do końca (świadomość prowadzenia miałem dopiero od PK3, a pewność od początku E2). Nie ukrywam, że moją silniejszą stroną jest nawigowanie, Speede’m Gonzales’em to ja nie jestem – zaprocentowało doświadczenie (byłem drugim najstarszym uczestnikiem trasy TP30).

Swego czasu napisałem, że „Wielkopolska Szybka Setka” jest imprezą idealną by pobić swoją życiówkę dla jednych lub ukończyć swoją pierwszą setkę na orientację dla innych. Teraz stwierdzę, że „Jesienne Trudy” jeszcze lepiej się do tego nadają. Nawigacja porównywalna (tyle, że na WSS nie ma punktów stowarzyszonych i na JT trzeba bardziej uważać co się podbija), a teren równie łatwy. Pogoda bardziej sprzyjająca napieraniu na JT (połowa września), bo na WSS (połowa lipca) dokuczać mogą upały. Polecam wszystkim „Jesienne Trudy”, wcale nie są takie trudne jak sugerowałaby nazwa imprezy. Nie bez znaczenia jest również organizacja imprezy i jej kameralność. Ptaszki ćwierkają, że w przyszłym roku JT być może zostaną zorganizowane w Kotlinie Kłodzkiej. Byłoby to ciekawe doświadczenie.

napisał: Tomasz Kowalski





Nocna Masakra 2009

4 01 2010

NOCNA MASAKRA 2009. LEKCJA POKORY

/link do mapy trasy pieszej 50 km http://nocnamasakra.pl/mapy/NM2009-TP50-150dpi.png)

To miało być udane zakończenie udanego sezonu. Nie było… Nocna Masakra była moją jedenastą imprezą na orientację w tym roku. Zapisałem się na trasę pieszą 50 km. Zamierzenia przedstartowe były takie, żeby zaliczyć wszystkie punkty kontrolne, zmieścić się w czasie 12 godzin (organizator wyznaczył na pokonanie trasy limit czasu aż 15 godzin) i jak bozia da znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Szczególnie dwa pierwsze zamierzenia wydawały mi się wykonalne. W tym roku dwie pięćdziesiątki udało mi się ukończyć w czasie poniżej 10,5 godziny. Z tą różnicą, że były to pięćdziesiątki dzienne. Mój optymizm opierał się również na stosunkowo udanym starcie w ubiegłorocznej Nocnej Masakrze na trasie 100 km, kiedy to mimo lajtowego podejścia do trasy zaliczyłem 12/16 PK. Największą niewiadomą wydawała mi się realizacja trzeciego założenia, gdyż nasza lokata zależy nie tylko od naszego występu, ale także od tego, jak silnie dana trasa jest obsadzona.

8-1-4-2-5-6-3-7 – to nie wyniki jakiegoś losowania, ale zamierzona przeze mnie po otrzymaniu mapy kolejność zaliczania punktów kontrolnych. Nocna Masakra jest imprezą o charakterze scorelaufu i jest to dla mnie druga, po wymagającej orientacji, zaleta imprezy. Okazało się, że ten wariant pokonania trasy (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) wybrała mniejsza część uczestników TP50. Pierwszy punkt na trasie to PK8 – brzoza na cyplu, ok. 3 m od linii wody. W drodze na punkt pierwsza mała wpadka. Przegapiłem drogę, którą zamierzałem pójść, przez co poszedłem dłuższym wariantem. Po drodze mijam trzyosobową grupkę. To chłopaki-wrocławiaki z teamu GO WOPR. Do końca trasy będziemy ciągle potykać się o siebie. Namierzenie cypla z punktem znów nienajlepsze, w końcu jednak mam punkt. Jest 16:59, a więc w godzinę od startu zaliczam PK8. To dobry wynik, gdyż na przeloty między punktami przyjąłem limit nie więcej niż 1,5 godziny. Teraz w kolejce PK1 – szczyt górki. Bez problemu docieram w okolice punktu, trochę zajmuje mi wbicie się we właściwą przecinkę, ale w końcu udaje się. Na PK1 jestem o 18:29, a więc mieszczę się w limicie 1,5 godziny od poprzedniego punktu. Teraz PK4 – krzywa brzoza przy ścieżce na skarpie nad jeziorem. Nie udaje mi się wbić we właściwą drogę i znowu nadkładam. Za Dębogórą doganiam GO WOPR, którzy na PK1 byli za mną i dzięki dobrej nawigacji wyprzedzili mnie. Na skraju Słonowa się rozdzielamy wybierając różne warianty dojścia do punktu, ale za Słonowem nasze drogi znów się schodzą. PK4 odnajdujemy wspólnie. Jest 20:06, a więc nieco przekroczyłem narzucony sobie 1,5 godzinny limit od PK do PK. Teraz biorę namiar na PK2 – szczyt grani na przecince. Po czasie okazało się, że był to punkt, który zdecydował o mojej porażce. Po podbiciu PK4 zostawiłem chłopaków z GO WOPR, którzy nie mogli się pozbierać do kupy po znalezieniu PK4 i pognałem na południowy – wschód. Po drodze na PK2 zaliczam kilka nawigacyjnych wpadek i w efekcie w okolicy osady Dolinka znów spotykam GO WOPR, tyle że zmierzając na PK2 idziemy w przeciwnych kierunkach (wybrali pewniejszy wariant dojścia w okolice punktu drogą brukową). Szukając PK2 po jakimś czasie znów wpadam na GO WOPR, bezradnie kręcimy się po okolicy, punkt musi gdzieś tu być. W końcu postanawiamy zejść do drogi brukowej i złapać się jakiegoś pewnego punktu. Dwójka z GO WOPR poszła drogą brukową na północ, ja z trzecim z teamu na południe. Udało mi się odnaleźć słupek oddziałowy i ustalić naszą pozycję. W końcu wiem, gdzie jestem. Teraz byle szybciej na punkt. Ale nic z tego. Wydaje mi się, że nawiguję poprawnie, ale ciągle wylatuję w kosmos. Spotykam sporo ludzi czeszących teren z podobnym jak ja skutkiem. PK2 nie udało mi się namierzyć ani przecinką od północy ani od południa. Robi się późno, ale podejmuję jeszcze jedną próbę wejścia na punkt od wschodu. Już myślę, że mam go, ale znowu wylatuję w kosmos. Wracam do punktu wyjścia, w lesie zrobiło się pusto, ale spotykam kolejną ekipę. Jestem już zrezygnowany, gdy  młoda dziewczyna pokazuje niepewnie palcem tą właściwą przecinkę, której wcześniej nie widziałem. Wbijam się w nią i w końcu dochodzę na punkt. Jest 23:32, a więc dojście z poprzedniego punktu i znalezienie PK2 zajęło mi prawie 3,5 godziny. Dużo. Stanowczo za dużo. Już wiem, że nie uda mi się skończyć trasy w czasie 12 godzin, ale jeszcze nie składam broni i ma nadzieję skończyć trasę w limicie organizatora (15 godzin). Teraz w kolejce PK5 – wieża p.poż. z wiatą. Dochodzę w okolice punktu i wbijam się w niewłaściwą przecinkę. Powrót do głównej drogi i powtórny atak. Spotykam znowu GO WOPR, są już po zaliczeniu PK5 i idą w dół na PK6. Ja grzeję w górę (wieża p.poż. musi stać na górze) i znowu bezradnie czeszę okoliczne drogi. Widzę zbliżające się światła latarek, idę ku nim, może coś podpowiedzą. To znowu GO WOPR, jakim cudem ich tu przyniosło, widać nie tylko ja wylatuję w kosmos. Tym razem ich podpowiedź pomaga mi znaleźć wiatę przy wieży p.poż. Jest 1:33, a więc od znalezienia poprzedniego punktu kontrolnego minęły dwie godziny. Zbyt dużo. Przelot z PK5 na PK6 (szczyt góry) wydaje się prosty, jedyny problem, to namierzyć z drogi górę z punktem. Przejście dłuży się niemiłosiernie, w końcu docieram w okolice punktu i biorę namiar na górkę. Pudło. Jestem załamany, morale spada. W końcu trafiam na ścieżkę w śniegu, którą wydeptali inny uczestnicy idąc na punkt. Dzięki temu trafiam na właściwą górkę. Mam PK6, jest 3:18, a więc przejście z poprzedniego punktu zajęło mi 1 i ¾ godziny. Zbyt dużo jak na tak prosty przelot. Rzut oka na mapę i zegarek. Ciągle nie rezygnuję, zostały jeszcze dwa punkty kontrolne do zaliczenia, jest szansa skończyć trasę w limicie 15 godzin. Ale jest jeden warunek – PK3 (szczyt góry) muszę zaliczyć przed godziną 5:00, tak by do 7:00 zaliczyć jeszcze PK7 (sosna na granicy kultur) i dojść do bazy. Wszystko idzie dobrze, przy Modropolu doganiam, a następnie przeganiam chłopaków z GO WOPR, z którymi po raz ostatni kontakt miałem w okolicach PK5. Do osady Smolarz idzie wszystko dobrze, ale chwila dekoncentracji i wchodzę w niewłaściwą drogę (do teraz nie wiem jak to było możliwe), która poprowadziła mnie ma południe poza zakres mapy. Zorientowałem się w błędzie i zamiast wrócić tą samą drogą próbuję naprawić błąd idąc na azymut na północny – zachód. Kolejny błąd. Po dłuższym czasie udaje mi się wrócić na drogę, która prowadzi z PK6 na PK3, ale jeszcze nie wiem w którym jej miejscu jestem. Idę na zachód i w końcu po dojściu do głównej drogi mogę umiejscowić swoją pozycję na mapie. Okazuje się, że mijałem górkę z PK3 o jakieś 200-250 metrów, teraz byłem jakieś 600-700 metrów od punktu. Jednak ostatni błąd spowodował, że się rozkleiłem, odeszły mi wody, a że było już grubo po godz. 5:00 i od mijanych uczestników słyszałem, że PK3 jest trudny do znalezienia postanowiłem sobie PK3 i PK7 odpuścić i ruszyć prosto do bazy, aby zdążyć przed godz. 7:00 i zmieścić się w limicie czasu – bałem się NKL-ki. Niepotrzebnie. Zemściła się w tym momencie pobieżna znajomość regulaminu. Okazało się, że mogłem pokusić się o znalezienie PK3 i PK7, a niechybne spóźnienie na metę skutkowałoby tylko minutami karnymi. Na tamten moment jednak, że zamiast cofnąć się kilkaset metrów na PK3 zdecydowałem o zejściu do bazy. Droga na północ nie nastręczała problemów, w zasadzie można już było nie korzystać z mapy. Wychodząc zza kolejnego zakrętu widzę czołówki. Podchodzę bliżej. Zgadnijcie kto to? Jasne, chłopaki z GO WOPR. Jednego z nich złapał kryzys i wloką się mogą za nogą do bazy również odpuściwszy sobie PK3 i PK7.

Efekt jest taki, że nie udało mi się wykonać żadnego z założeń przedstartowych. Zaliczyłem tylko 6/8 PK, na trasie byłem prawie 15 godzin (zamiast zakładanych dwunastu), a trzydzieste miejsce też chluby nie przynosi. Przyczyny porażki: mnóstwo drobnych błędów nawigacyjnych będących wynikiem niedostatecznej koncentracji. Kilkunastostopniowy mróz nie miał tu nic do rzeczy, gdyż ubrany byłem dobrze i zimna w ogóle nie odczuwałem (momentami było mi za ciepło). Dopiero nad ranem owinąłem szalem dolną część twarzy, bo zaczęła mi marznąć broda, kominiarka całą trasę przeleżała w plecaku. Znając prognozy pogody można było odpowiednio się do warunków przygotować i to mi się udało. Jest takie powiedzenie: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Po takiej imprezie w moim wykonaniu możliwe są dwa warianty: albo sobie imprezy na orientację odpuścić, albo pałając żądzą rewanżu doskonalić swe umiejętności nawigacyjne. Ja czekam już na Nocną Masakrę 2010. Nie ukrywam, że Nocna Masakra 2009 była dla mnie lekcją pokory.

Tomasz Kowalski





NAWIGATOR IV

6 08 2009

To był udany weekend dla ludzi związanych z PK4.pl Team. 1 sierpnia w okolicach niewielkiego mazowieckiego miasteczka Mrozy k. Mińska Mazowieckiego odbył się rajd NAWIGATOR IV. Świetny debiut w rajdach przygodowych zaliczył Marek Michalczyk (Makhi), który startując w kategorii MM razem z Jerzym Lekkim zajął III miejsce. Janek Kaseja razem z Marią Bujalską (zespół Niezła Korba) w kategorii MIX także zajął III miejsce. W maratonie pieszym na trasie 100 km II miejsce zajął Paweł Pakuła, a na trasie 50 km IV miejsce (jakimś cudem) zajął Tomek Kowalski/Zdzichu (w przypadku mojej osoby piszę tu o cudzie, gdyż w marszach na orientację biorę udział, gdyż kocham nawigację; nie ścigam się, całą drogę idę, nie biegam i nie truchtam, przez co z reguły zajmuję miejsca w środku stawki).

Start na trasę 50 km miał miejsce przy szkole w Mrozach w sobotni poranek o godz. 8.00 (setkowicze wystartowali o godz. 0.00). Na starcie pojawiły się 22 osoby, w tym 8 kobiet. Razem z piechurami wystartowali uczestnicy rajdu przygodowego, którzy mieli jedenaście wspólnych punktów kontrolnych z trasą pieszą 50 km. Wspólne przebycie wspólnego dla obu tras odcinka zaproponował mi Kamil z trasy AR, którego zawiódł partner i który nie czuł się zbyt pewnie nawigacyjnie. Jak się później okazało radził sobie z mapą całkiem dobrze i był równorzędnym partnerem (w efekcie startując solo ukończył trasę rajdu przygodowego mieszcząc się w limicie czasu). Już na wstępie zapowiadała się niezła zabawa, bo dwa tygodnie wcześniej na Wielkopolskiej Szybkiej Setce (WSS) na trasie 50 km było tylko siedem punktów kontrolnych, teraz przede mną – siedemnaście. Trasa 50 km składała się z odcinka klasycznego z obowiązkową kolejnością zaliczania punktów kontrolnych (skala mapy 1:50000) oraz scorelaufu (skala mapy nietypowa 1:22000). Odcinek klasyczny składał się z dziewięciu punktów kontrolnych (PK11-PK19), a scorelauf – z ośmiu (PK11A-PK11H). Scorelauf zaczynał się po zaliczeniu pierwszego punktu kontrolnego odcinka klasycznego (PK11). Zanim Wójt Gminy Mrozy dał nam sygnał do startu, na drugą pętlę trasy pieszej 100 km wyruszyli już Maciej Więcek i Paweł Pakuła. Po oficjalnym otwarciu nastąpił start. Mastersi wyrwali do przodu. Nie dając się porwać adrenalinie od początku idę swoim tempem, zostaję z tyłu. Konfrontuję mapę (aktualność lata 80-te XX wieku) z terenem. Trochę się zmieniło, w Mrozach wybudowało się niemałe osiedle. PK11 (most) zaliczam bez problemu, trochę akrobatyczne zejście do lampionu, żeby podbić kartę startową. Teraz czas na scorelauf. Niby kolejność zaliczania PK dowolna, ale niejako narzuca się kierunek zwiedzania zgodnie z porządkiem alfabetycznym (od 11A do 11H). Jedyne co mi się roi w głowie to zamienić kolejność 11D z 11E. W końcu jednak Kamil przekonuje mnie, żeby zrobić scorelauf od A do H po kolei (nieco większe pole manewru, ale również niewielkie, miała na scorelaufie na pierwszej pętli trasa 100 km). Mimo to inne ekipy (z trasy AR) robiły scorelauf w jakiejś dziwacznej dla mnie kolejności. Ale to ich problem. Ruszyliśmy więc na scorelauf. PK11A, PK11B i PK11C podbijamy bez problemu. Po drodze na PK11D spotykam ekipę, która nie bardzo wie, gdzie jest. Bardzo się zdziwili, jak im pokazałem na mapie naszą pozycję. Wszystko idzie jak po sznurku, jednak pierwsza próba namierzenia PK11D (południowy skraj starej żwirowni) nieudana (do teraz nie wiem na czym polegał mój błąd), łapiemy namiar z innej strony i teraz już jest OK, można grzać na PK11E, ale jak by nie było 10-15 min. mamy w plecy. Ciągle mijamy się z tymi samymi ludźmi. Cieszy mnie to, że oni podbiegają, my tylko idziemy, a mimo to jesteśmy ciągle w zasięgu wzroku. PK11E i PK11F bez problemu. Na PK11G (róg granicy kultur, las sosnowy i zboże) małe trudności, tu zostawiamy z tyłu wytrawną nawigatorkę Anię Trykozo z koleżanką (mniej czasu zajmuje nam znalezienie PK). Zostaje nam do zaliczenia ostatni PK ze scorelaufu (PK11H) i kolej na klasyk. Cały scorelauf poprowadzony został terenami leśnymi, szkoda, że nie było praktycznie miejsca na własny wariant, kolejność zaliczania punktów kontrolnych narzucała się sama, była oczywista. Teraz nad terenami leśnymi przewagę będą miały pola uprawne i łąki (ze wskazaniem na łąki). Na początek najpiękniejszy odcinek całej trasy – przejście groblą przez teren stawów hodowlanych. Miodzio, widoki bajecznie piękne. PK12 i PK13 bezproblemowe, jedyny problem to podbicie PK12, który umieszczony jest centralnie pod mostem. Aby podbić kartę startową trzeba wejść do niewielkiej rzeczki. Robię to nie zdejmując butów (jest spory upał, szybko powinny wyschnąć). Na PK13 dziękujemy sobie z Kamilem za wspólne nawigowanie, jemu (trasa AR) został PK19 i przepak przed odcinkiem rowerowym. Przede mną samotne zaliczenie sześciu punktów kontrolnych z odcinka klasycznego. Zastanawia mnie brak kontaktu wzrokowego z innymi uczestnikami mojej trasy, a także trasy 100 km. PK14 został trochę źle zaznaczony na mapie (faktycznie znajdował się w kółku, ale jakieś 2-3 mm powyżej jego środka). Kolej na PK15. Przede mną jak się okazało najtrudniejsze przejście między punktami kontrolnymi na całej trasie. Na odprawie organizator ostrzegał, że przejście rzeczki Kostrzyn nie jest bezproblemowe. Mi się to udaje po jazie. Teraz trzeba ominąć rezerwat, który na mapie oznaczony został jako strefa zamknięta. Nie jest to wcale takie proste, by z łąk dostać się do lasu, w którym był ustawiony PK15 z uwagi na dość szeroki rów z rzęsą na powierzchni. W końcu mi się udaje. Na mecie okazuje się, że Paweł Pakuła na drugiej pętli trasy 100 km był w tym miejscu mniej uparty i po rozmowie z miejscową babulą odpuścił sobie temat i poszedł drogą okrężną. Przelot PK14 ® PK15 uważam za zdecydowanie najtrudniejszy na całej trasie 50 km. Krótko przed PK15 łapię kontakt wzrokowy z innym zawodnikiem (na mecie III miejsce) i jest to jedyny mój kontakt z innym uczestnikiem trasy pieszej (zarówno 50 km jak i 100 km) na odcinku pomiędzy PK13 a metą. Idąc snuję refleksje na temat sporej biedy z jaką się stykam na trasie maratonu. Okolice Mrozów to, że użyję takiego określenia, teren ekstensywnej produkcji rolnej. Są tu grunty o najniższych klasach bonitacyjnych („piachy”), z uwagi na brak opłacalności uprawy, wiele gruntów wyłącza się z produkcji i zarastają one samoistnie drzewostanem leśnym (sosna, brzoza). Tutejsi rolnicy nie są potentatami, to widać, bo chałupinki są bardzo biedne, malutkie i częstokroć wykonane z jakiejś dykty. Takiej architektury w moich stronach się nie spotyka. Wiele jest tutaj łąk (a z tych dochód jest znacznie mniejszy niż z pól uprawnych), które na dodatek są niskiej jakości i w wielu wypadkach nie są koszone. Niejednokrotnie przychodzi mi się przedzierać przez trawy sięgające do ramion, a czasem i do twarzy. Lekko nie było, starałem się maksymalnie wykorzystywać koszone łąki i nimi sobie skracać drogę. Nie mam problemu z PK17 (koniec zarośniętego nasypu) mimo, że organizator uprzedzał, że z jego znalezieniem mogą być kłopoty. PK18 znowu umieszczony pod mostem. Schodząc podbić kartę startową budzę ogromne zdziwienie u miejscowej dziewczyny, dla której widok starszego pana ładującego się w butach do wody był cokolwiek niecodzienny. Do PK19 docieram po kilkusetmetrowym chaszczowaniu i kolejnym wejściu butami do wody (tym razem rów, który stanął na drodze i był nie do przeskoczenia). Z PK19 na metę idę już jak lord, ostatnie 3,5 km asfaltem, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Czas 10 godz. 26 min. zbliżony do tego uzyskanego dwa tygodnie wcześniej na WSS, ale cieszy bardziej, gdyż ciężej wywalczony (17 PK przy 7 PK na WSS, większy niż na WSS upał). Satysfakcję daje też informacja, że na trasie 50 km jestem czwarty. Teraz wyjaśniła się sprawa braku kontaktu wzrokowego z innymi zawodnikami na drugiej części trasy. Okazuje się, że było aż tak dobrze, a nie aż tak źle. Następni zawodnicy zjawili się na mecie 1,5 godz. po mnie, a w dodatku byłem ostatnim z zawodników, którzy przeszli trasę 50 km zaliczając wszystkie punkty kontrolne. W rzeczywistości przeszedłem ok. 53 km, co daje niezły wynik w stosunku do wariantu optymalnego budowniczego trasy (50 km). To cieszy mnie najbardziej, choć daleko mi jeszcze do najlepszych nawigatorów. Ale gdzie starszemu panu z brzuszkiem porównywać się do elity. Cieszę się bardzo, że zebrałem kolejne doświadczenia w nawigacji. Jak podciągnę ten element, to może w końcu uda mi się przejść setkę na orientację? (tu nawigacja powinna być praktycznie perfekcyjna). Na mecie (wiata przy leśniczówce) bardzo fajna atmosfera: śmiechy, pogaduchy. Wrzucam bigos, popijam piwem, zamieniam kilka słów z Pawłem Pakułą, kolegą z teamu (jest drugi na trasie 100 km z czasem 16.42; ogółem trasę 100 km kończy zaliczając wszystkie punkty kontrolne tylko pięciu zawodników z dwunastu startujących). Potem lecę do bazy się wykąpać i wracam na metę. Częstuję się drożdżówką, wrzucam na ruszt kiełbasę z ogniska. Na metę docierają kolejni zawodnicy, humor ludzi nie opuszcza. Jest sympatycznie. Oglądam dekorację zwycięzców, po czym pędzę na pociąg.

„Nawigator” będzie z pewnością imprezą, która w moich planach startowych będzie miała priorytet. Kto kocha nawigować na „Nawigatorze” może się wyżyć i spotkać ludzi, którzy kochają to samo, a przy tym biorąc pod uwagę całą otoczkę organizacyjną mile spędzić czas po zawodach. Polecam.

Link do strony zawodów, gdzie znajdują się mapy tras 100 km, 50 km (II pętla trasy 100 km) i AR, wyniki oraz galeria zdjęć: www.nawigator.net.pl/

napisał: Tomasz Kowalski





WSS 2009 – relacja

24 07 2009


W dniach 17-18 lipca w Mosinie k.Poznania odbył się rajd Wielkopolska
Szybka Setka. Wybrałem trasę pieszą 50 km. Po raz pierwszy startowałem w
barwach PK4.pl Team (do tej pory reprezentowałem jednoosobowy klub KC
BINGO). Moje założenia to zaliczenie wszystkich PK i zmieszczenie się w
limicie czasu, czyli ukończenie rajdu. Największą trudność sprawiło mi
znalezienie bazy rajdu, gdzie zjawiłem się niecałe pół godziny przed
startem (trochę mało czasu, warto mieć większy zapas, żeby się przed
startem przebrać po podróży i odpowiednio wyekwipować na trasę). W
sobotni ranek o godz. 9.00 blisko dwudziestoosobowa grupa rusza na trasę
pieszą 50 km. Jedni biegną, inni idą (ja należę do tych drugich,
reprezentuję tzw. odłam turystyczny, w przeciwieństwie do tzw. odłamu
sportowego). Na odcinku między startem a 1PK na mosińskim rynku
zaliczami pierwszą i jedyną na tym rajdzie wtopę: źle wychodzę z rynku,
jednak szybko się orientuję w pomyłce i koryguję kierunek napierania. To
jednak wystarcza, żeby znaleźć się na ostatniej pozycji. PK1 zaliczam
jako ostatni uczestnik. Potem już jednak było poprawnie, odnajdywanie
punktów kontrolnych nie nastręczało żadnych problemów (organizator
postawił je w miejscach bardzo widocznych, nie starał się ich ukryć). Po
kolei parking (1PK), paśnik (2PK), górka (3PK), mostek (4PK), skraj
polany (5PK), skraj lasu (6PK) i górka (7PK) wchodzą jak w masło. Jedyna
trudność polegała na wybieraniu optymalnego wariantu przejścia między
punktami kontrolnymi. Po 10 godz. i 29 min. jestem na mecie. Mogło być
jeszcze lepiej, gdyby nie kilkunastominutowa przerwa w napieraniu w celu
przeczekania ulewy. Jest OK, swój pierwszy występ w barwach PK4.pl
uważam za udany (cel został zrealizowany: wszystkie PK zaliczone w
limicie czasu). Jeszcze lepiej poszło Kuertiemu. Grzesiek na trasie
pieszej 100 km stanął na pudle, zajął III miejsce z czasem 13 godz. i 16
min. Wielkopolska Szybka Setka jest dobrą okazją do sprawdzenia się. Jak
sama nazwa wskazuje jest szybka (orientowanie się jest raczej
bezproblemowe, teren raczej łatwy) i przez to jest dobrą okazją, żeby
np. wykręcić życiówkę. Organizacja imprezy bez zarzutu, jedyny mankament
to wg mnie zbyt dużo na trasie pieszej 50 km przebiegów po szosach i to
dość ruchliwych, ale tłumaczę budowniczego trasy tym, że determinowane
to było jedynym w okolicy mostem na Warcie. Za rok ponownie wybieram się
na WSS, prawdopodobnie odbędzie się w Obornikach Wlkp. na skraju Puszczy
Noteckiej. Może w tych pięknych okolicznościach przyrody zdecyduję się
na trasę 100 km?

napisał: Zdzichu





VI Bieg o Puchar Rzeźnika

21 07 2009

VI Bieg o Puchar Rzeźnika

Myślałem o nim od dobrych kilku miesięcy. W zasadzie od kiedy usłyszałem, że coś takiego istnieje. Najdłuższy jednodniowy bieg górski w Polsce, 78 kilometrów, 3235 metrów przewyższenia. Trasa prowadzi czerwonym bieszczadzkim szlakiem (będącym fragmentem Głównego Szlaku Beskidzkiego im. Kazimierza Sosnowskiego) z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Nie biegnie dolinami, lecz najczęściej po grzbietach i wierzchołkach najwyższych okolicznych wzgórz dochodzących do wysokości prawie 1300 metrów. Odległość nie była przerażająca gdyż kończyłem już dłuższe rajdy piesze wymagające dodatkowo umiejętności nawigacyjnych. Bieg Rzeźnika jest krótszy a dobre obeznanie z mapą i kompasem nie jest wymagane. Główna trudność leży w limicie czasu. 16 godzin na pokonanie całej trasy to tylko ponad połowa czasu przeznaczonego na Kierat ( pieszy maraton na orientację na 100 km organizowany co roku w Beskidzie Wyspowym). Nie ma zmiłuj się – chcąc ukończyć Rzeźnika trzeba znaczną część dystansu przebiec. Lubię rywalizację, lubię góry; byłem ciekaw jak dam sobie radę na liniowej trasie (pozbawionej elementu nawigacji). Zapalony do udziału w imprezie ćwiczyłem kondycję, ale do startu potrzebowałem jeszcze jednego arcyważnego elementu: odpowiedniego partnera. Charakterystyczną cechą bieszczadzkiego biegu jest jego zespołowy charakter. Indywidualny udział jest wykluczony, ścigać można się tylko parami, wyjątkowo w drużynie trzyosobowej. Organizatorzy zdecydowali o takiej formule kierując się względami bezpieczeństwa. W przypadku zasłabnięcia jednego z zawodników drugi ma obowiązek wezwać pomoc. Jestem średnio przekonany do takiej a nie innej formy, ale nie mając wyjścia zmuszony byłem poszukać drugiego członka drużyny, najlepiej o zbliżonych do mnie możliwościach. Pierwotnie na wspólny start namówiłem Tomka Korzańskiego z zespołu Nieznani Sprawcy. Niestety z czasem Tomka zaczęły trawić kontuzje i musiał zrezygnować z tegorocznego Rzeźnika. Na moje szczęście chęć wspólnego biegu zgłosił nasz kolega, Maciek Więcek z Krakowa. Kandydatura wydała mi się idealna gdyż mamy z Maćkiem podobne doświadczenia i zbliżone możliwości kondycyjne. Obaj startujemy w orienterskich setkach, obaj po raz pierwszy wygraliśmy słabiej obsadzone zawody. Jedyne, czego się obawiałem to kontuzje. Maciek startuje w tym roku we wszystkich pieszych rajdach na 100 km liczonych do Pucharu Polski. Starty na dystansie ultra w odstępach krótszych niż miesiąc zdrowiu z pewnością nie służą; na szczęście kilka dni przed terminem mój partner zadzwonił dogadując ostatnie sprawy organizacyjne. Był zdrów jak ryba. Odetchnąłem z ulgą martwiąc się już tylko o siebie. Kilka dni wcześniej naciągnąłem jeden z mięśni pośladkowych, lecz nie było to chyba nic poważnego. Po rozgrzewce i kilkunastu minutach biegu ból ustępował. Powinno być dobrze. 11 czerwca w czwartek spakowałem plecak i wyjechałem w kierunku Krakowa. Tam posiłek z pożywnego makaronu i samochodem Maćka wyjechaliśmy w kierunku Komańczy, na miejsce startu. Po południu byliśmy u celu. Tymczasowo zamieszkaliśmy wraz z kilkoma innymi uczestnikami biegu u miłej starszej pani prowadzącej gospodarstwo agroturystyczne i hodującej wyjątkowo rozpustne zwierzęta (płacąc z pokój ujrzałem niepozornego czarnego kundla, który akurat bezwstydnie wykorzystywał seksualnie kota). Wieczorem wyprawa do położonej kilkanaście kilometrów dalej Woli Michowej. Mieściło się tam biuro zawodów. Odebraliśmy pakiety startowe (okolicznościowe koszulki, numery startowe, mapę szlaku) i mogliśmy zdecydować o pozostawieniu wybranego wyposażenia na przepakach. Były to cztery punkty kontrolne położone w dolinach, na których sędziowie notowali międzyczasy i numery zawodników, kontrolowali przestrzeganie regulaminu (za odległość pomiędzy zawodnikami drużyny większą niż 100 metrów groziła dyskwalifikacja), częstowali żywnością i napojami. Zdawaliśmy sobie sprawę z wagi odpowiedniego rozłożenia zaopatrzenia, ale z drugiej strony chcieliśmy stracić na punktach minimalną ilość czasu. Ostatecznie postanowiłem o zostawieniu zapasowego wyposażenia jedynie na drugim przepaku (w Cisnej, po 31 kilometrach). Do specjalnego worka spakowałem lekkie poncho, zapasowe buty, żel energetyczny, skarpety. Wieczorem wysłuchaliśmy komunikatu technicznego sędziów, ostatnich wyjaśnień i wskazówek. Uciekając przed deszczem i gradem, który przed zmrokiem dopadł zebranych wróciliśmy do Komańczy. Start tradycyjnie zaplanowano na świt, czyli o 3:24 rano. Dla mnie to środek nocy. Należało czym prędzej ułożyć się do snu by organizm zdołał wypocząć przed trudami wyścigu. Zasypiając myślałem o czekającym nas sprawdzianie. Bałem się go bardziej niż zwykle ze względu na start w zespole. Po raz pierwszy będę odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za partnera. Czy dam radę? Czy nie zejdziemy z trasy przez kontuzję lub moje niedotrenowanie? Nie chciałem zawieść kolegi, który ze startem w Rzeźniku wiązał jakieś, pewnie nie najmniejsze oczekiwania. Wszystko miało się okazać następnego dnia.

Piątek, 12 czerwca. Otwieram oczy i od razu szlag mnie trafia. Deszcz bębni w szybę, leje. Humor mam fatalny, nasz start widzę w czarnych barwach. Wszystko przez to, ze nie jestem zbytnio odporny na deszcz. Kiedyś przez opady i przemoczenie nie ukończyłem Harpagana, później Nocnej Masakry. Nieprzyjemne wspomnienia wracają, już wyobrażam sobie nas schodzących w połowie na skutek mojego kompletnego przemoczenia i wychłodzenia. Że też oddałem poncho na przepak, teraz bardzo by mi się przydało. Trudno. Pakujemy się w pośpiechu, przygotowujemy do wyjścia. Nie zdążyłem zjeść porządnego posiłku, przegryzłem jedynie kilka ciastek z dżemem. Fatalny błąd, który zemści się na trasie. Wychodzimy do centrum Komańczy, na miejsce startu. Powinien być świt, ale przez deszczowe chmury jest kompletnie ciemno. Zdecydowaliśmy nie zabierać czołówek, ale na wszelki wypadek mamy mapę. Na miejscu stoją autokary z zawodnikami, ludzie w strugach deszczu przygotowują się do startu. Sporo nas: 381 osób, 185 drużyn. Maciek rwie się do wyścigu, twierdzi, że złamanie 12 godzin to minimum, w swoim forerunnerze ustawił „wirtualnego partnera” na 10 godzin. To ujawnia jego rzeczywiste ambicje. Sam boję się myśleć o czasie, najważniejsze to ukończyć.

Start! O 3:24 wszyscy ruszamy. Tłum ludzi biegnie wąską asfaltową dróżką, która dosyć łagodnie wchodzi pod górę i schodzi w dół. Maciek wyrwał ostro do przodu chcąc wywalczyć dobrą pozycję. Nie jestem przekonany do takiej strategii, możemy się zajechać na początku i później słono za to zapłacić. „Kto się ściga, ten wyrzyga” – przypomina mi się zasłyszane od kolegi powiedzenie. Staram się początkowo hamować partnera, biegnę raczej z tyłu. Plan mamy prosty: biec spokojnie wszędzie gdzie płasko i z górki, przejść w marsz wszędzie gdzie pod górę. Tak też robimy. Większość kilkukilometrowej trasy do Duszatyna (480 m. n.p.m.) truchtamy, na podejściach idziemy. Po prawej stronie potok Osława, za nim rezerwat przyrody. Na lewo Ciśniańsko – Wetliński Park Krajobrazowy. Po jego terenie będzie biec większość trasy Rzeźnika. Widoczność jest ciągle słaba, ale droga szeroka; widzimy w oddali światła czołówek, które upewniają nas o właściwym kierunku. Po jakimś czasie schodzimy z wygodnej drogi w lewo, tak jak kierują oznaczenia czerwonego szlaku. Chwilę później pierwszy problem nawigacyjny: na wąskiej dróżce w ciemnym lesie gubimy szlak. Na szczęście tylko na moment. Tracimy kilka minut i po chwili razem z grupą, która nas w międzyczasie dogoniła ruszamy w dobrą stronę. Teraz zaczyna się właściwa zabawa. Deszcz, choć mało intensywny ciągle pada. Biegniemy lub idziemy wyboistą ścieżką wijącą się wśród dolin i pagórków. Panuje półmrok, jest bardzo wilgotno, na szlaku nieco błota. Nigdy nie byłem w tropikalnym lesie, ale myślę, że musi wyglądać podobnie. Szlak stopniowo kieruje się pod górę, nabieramy wysokości wchodząc na „policyjną” górę (Chryszczata – 997 m. n.p.m.). Widoków pięknych nie ma. Wzgórze, podobnie jak szlak jest porośnięte lasem. Biegniemy grzbietem wzniesienia uważając na wystające korzenie i kamienie. Podczas zbiegania do przełęczy wychodzi na jaw różnica w przygotowaniu do górskich wyścigów pomiędzy mną a partnerem. Maciek podchodzi spokojnie, ale w dół biegnie jak by go diabeł gonił. „Ani chybi, zaraz wywinie orła” – myślę sobie. Nic się jednak nie dzieje. Chciałbym nadążyć, ale nie jestem w stanie. Boję się, że poślizgnę na błotnistej, śliskiej nawierzchni. Zwyczajnie nie potrafię technicznie tak szybko zbiegać. Partner wyprzedza mnie o kilkadziesiąt metrów. Zaczynam się denerwować, bo jeszcze nas zdyskwalifikują za poruszanie osobno. Ponadto umówiliśmy się na spokojny trucht a nie na interwały po górach. Zdyszany krzyczę do Maćka by poczekał. Skutek jest mierny. Po niecałych 17 kilometrach dobiegamy do pierwszego przepaku: przełęcz Żebrak (826 m. n.p.m.). Mój kompan pierwszy, ja nieco z tyłu. Od razu dostajemy upomnienie za nieregulaminowy bieg. Nie tracimy czasu i po kilku łykach izotonicznego napoju wychodzimy na drugi etap.

Ta część wyścigu będzie wyglądała podobnie jak wszystkie inne. Punkt kontrolny w dolinie, potem podejście pod górę, bieg grzbietem wzniesienia i zejście w dół do kolejnego PK. Po wyjściu z przełęczy wspinamy się pod górę, w kierunku szczytów, którymi czerwony szlak biegnie do Cisnej. Podchodzimy dosyć energicznie, tu zwykle ja nadaję tempo. Maciek odmiennie niż na zbiegach nieco z tyłu. Czuję się zupełnie nieźle, mam wolę walki. Deszcz okazał się nie taki straszny. Mijamy kilka zespołów, powoli przesuwamy w stawce do przodu. W końcu przestało padać, ale ciągle jest stosunkowo ślisko. Gdzieś po drodze zmieniam przemoczone skarpety na suche. Za chwilę znowu będą mokre, ale nieco mniej niż te poprzednie. Widoki ciągle lesiste, wysokość jeszcze zbyt mała na połoniny. Najwyższym wzniesieniem tego odcinka jest Wołosań (1071 m. n.p.m.). Na zejściu do doliny powtarza się sytuacja wcześniejsza. Maciek zbiega bardzo sprawnie, dużo szybciej ode mnie. Uczucia mam mieszane: z jednej strony się wkurzam i boję dyskwalifikacji, z drugiej szczerze podziwiam partnera. Gdzieś po drodze Maciek instruuje mnie, jak zbiegać szybciej. Próbuję, ale nie wychodzi. Raz już się niegroźnie wykołowałem, ponadto nie chcę eksperymentować na zawodach. Godzę się z myślą, że partnerowi na zbiegach nie dorównam. Ostrożnie biegnę w dół swoim tempem ufając, że kolega obejrzy się czasem do tyłu. Niedaleko Cisnej, przy wyciągu narciarskim, problem nawigacyjny numer dwa: szlak biegnie w dziwną stronę, zawodnicy przed nami pobiegli w dół wyciągu. Z mapy nie korzystamy i chwile błądzimy tracąc kilka minut. Ktoś nas w międzyczasie dogania. W końcu tak jak inni zbiegamy wzdłuż wyciągu do Cisnej (550 m. n.p.m.). To nasz drugi przepak, ponad 30 kilometrów za nami. Na miejscu uzupełnienie zaopatrzenia, szybka zmiana skarpet. Pomaga nam znajoma Ula, która przyjechała kibicować i pokonać część trasy. Zagrzewa do walki i gratuluje wysokiej pozycji. Jesteśmy zdaje się na 10 miejscu. Maciek uwija się szybciej i czeka na mnie niecierpliwie. W końcu podbudowani wysoką pozycją, wśród oklasków kibiców ruszamy na trzeci, najdłuższy (prawie 20 km) etap do Smereka.

Ta część trasy, właściwie jej druga połowa okazała się dla mnie bardzo ciężka. Początkowo nic nie zapowiadało problemów. W miarę sprawne podejście pod górę, sporadycznie skok przez potok i biegniemy wzdłuż górskich grzbietów. Krajobraz dalej lesisty, ale sporadycznie pojawiają się polany. Najwyższe wzniesienia tego etapu to Jasło (1153 m. n.p.m.) i Okrąglik (1101 m. n.p.m.). Gdzieś po drodze mijamy inne drużyny; w komórce zgłosił się słowacki operator. Biegniemy Wielką Granią Wopistów i zbiegamy do bitej drogi, na której jeden z organizatorów pokazuje właściwy kierunek. Do trzeciego punktu kontrolnego pozostało kilka kilometrów, dla mnie jednych z najcięższych kilometrów. Dopadł mnie kryzys. Droga piękna, wijąca się spokojnie w dół, utwardzona. Do biegania wymarzona. Tylko, że ja nie dam rady. Truchtam powoli, ale co chwila robię przerwy na marsz. Coś mnie boli w nerkach, nie mam za grosz energii. Niczym samochód, któremu skończyła się benzyna. Jestem strasznie głodny. Energetyczne batony skonsumowałem dawno, efektów nie widać. Ulica, którą biegniemy i idziemy na zmianę zdaje się nie mieć końca. Wije się na lewo i prawo, za każdym zakrętem mam nadzieję ujrzeć upragniony namiot organizatorów z punktem kontrolnym. Nic z tego. Maciek biegnie z przodu, stara się mobilizować osłabionego kompana. W międzyczasie wyprzedza nas jakaś truchtająca drużyna. Nie mam siły walczyć. Żal mi Maćka, któremu ciążę jak kula u nogi. W końcu jest! Jakiś mostek a za nim punkt. Dobiegam na w pół żywy. Na miejscu znowu czeka nieoceniona Ula, która pomaga jak może oraz dwie dobre wiadomości. Pierwsza: jesteśmy na ósmym miejscu; druga: zamiast batonów, które najwyraźniej mi nie wchodzą są kanapki. Dużo kanapek. Pożeram je w ekspresowym tempie nie oglądając na maniery; dwie lub trzy na miejscu, kolejne trzy biorę ze sobą. Jeszcze tylko zmiana skarpet i wychodzimy na przedostatni etap. Mamy w nogach ponad 50 kilometrów, pozostało niecałe trzydzieści.

Z miejscowości Smerek (560 m. n.p.m.) musimy ponownie podejść pod górę, na szczyt o tej samej nazwie (1222 m. n.p.m.). Potem przez Przełęcz M. Orłowicza (1078 m. n.p.m.) wejście na Połoninę Wetlińską (1253 m. n.p.m.). Zaczyna się teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Maciek od dłuższego czasu widział, że ze mną źle. Zaraz po wyjściu z punktu karze mi zwolnić. Chyba ma rację, przypuszczalnie na wcześniejszych podejściach narzuciłem zbyt ostre tempo i to mnie wykończyło. Teraz mam wchodzić na tyle spokojnie by się zregenerować i zachować siły na lekki trucht po połoninach. Zgodnie z planem podchodzimy spokojnie, ale bez zbędnych przestojów. Po drodze uzupełniam energię dojadając kanapki. Gdy dochodzimy do wierzchołków czuję się znacznie lepiej. Siły wróciły, gdzie można powoli truchtamy. Mój kryzys stopniowo mija, bieg staje się przyjemniejszy także z innych powodów. W końcu jesteśmy na wysokości ponad partią lasu. Na połoninach trochę wieje, ale widoki są dużo ciekawsze. Tym bardziej, że wyjrzało słońce. Wraz z nim na szlaku pojawili się turyści. Wzbudzamy wśród nich spore zainteresowanie. „Czy nie uważacie, że to przesadne szaleństwo”? – pyta z uśmiechem jakaś młoda dziewczyna. Biegniemy starając się nikogo nie stratować; na szczęście turyści są wyrozumiali i zwykle sami schodzą z drogi. Po zaliczeniu połonin w miarę sprawnie zbiegamy do Berehów (Brzegów) Górnych (740 m. n.p.m.), naszego ostatniego przepaku. Tam okazuje się, że jesteśmy wyżej o jedno miejsce. Po paru szybkich łykach izotoniku ruszamy w drogę, już tylko niecałe 10 kilometrów do upragnionej mety.

To etap najkrótszy, ale ponoć najtrudniejszy. Tak twierdzili bywalcy poprzednich edycji biegu oraz Ula, która dawniej wędrowała czerwonym szlakiem. Mamy uważać na strome podejście i równie strome zejście do Ustrzyk. Rzeczywiście, łatwo nie jest. Początkowo droga łagodnie pnie się w górę z czasem robi się na tyle stroma, że zbudowano w niej prymitywne schody, kładki i poręcze. Wchodzimy ostrożnie i dosyć wolno, ale i tak kilka razy przystaję by załapać oddech. Po mozolnej wspinaczce i lawirowaniu pomiędzy turystami wchodzimy na Połoninę Caryńską (1297 m. n.p.m.). To najwyżej położony odcinek biegu. Truchtamy znowu po górskich łąkach, zmęczony uważam na skały i kamienie gęsto wystające z pod ziemi. Skręcenie nogi to ostatnia rzecz, na jaką mam teraz ochotę. Marzę za to o zimnym piwie, choć piwoszem wcale nie jestem. Spoglądam nerwowo za siebie – na szczęście pościgu nie widać. Dobrze byłoby donieść siódmą pozycję do mety. Jest dosyć słonecznie i coraz cieplej. Turystów jest wielu, dlatego początkowo nie zauważam poruszającego się tuż przed nami zespołu. Gdy podbiegamy bliżej widzimy numery startowe przypięte do plecaków. Cóż za miła niespodzianka. Dostrzegając szansę na poprawę pozycji o jeszcze jedno miejsce bez słowa przystępujemy do ataku. Zbiegając w kierunku Ustrzyk (640 m. n.p.m.) wykorzystuję wszystkie rezerwy mocy. Boję się, że zespół, który minęliśmy zmobilizuje się i zechce powalczyć o obronę szóstego miejsca. Grzejemy z Maćkiem ile sił w nogach, sam biegnę nieraz na granicy upadku. Schody prowadzą stromo w dół, chwytam się poręczy, łapię za drzewa, obcieram ręce. Mój partner oczywiście z przodu. Jestem już u kresu sił. „Maciek zwolnij, bo ja się tu zaraz zabiję!” – krzyczę do biegnącego sporo przede mną kolegi. Nie ma kiedy zwalniać, nie ma kiedy odpoczywać. Pytam turystów ile do Ustrzyk. Ze dwa kilometry. Dwa kilometry i koniec męczarni. Maciek naciska by biec już bez przerwy, ja jednak nie dam rady. Muszę przejść kawałek, chociaż kawałek. Zdyszany spoglądam za siebie, na szczęście świeżo łyknięty zespół nas nie ściga. Przez szczyty drzew widać namioty Nord Face i Gore – Tex. Grających na bębnach nie słychać, ale to musi być meta! Jeszcze ostatnie metry truchtu, ostatnie schodki, na których się niezdarnie potykam i o 13:40 wybiegamy na polanę z niebieską dmuchaną bramą. Meta Rzeźnika! 78 kilometrów pokonane! Udało się! Jeden z organizatorów pędzi do nas z gratulacjami, oryginalnym glinianym medalem przedstawiającym jakiegoś świniaka i puszką piwa. Piwo! Ten człowiek chyba czytał mi w myślach. Parę łyków chłodnego napoju, i zaraz oświadczam Maćkowi, że na żadnego hardcore’a (wydłużona do 100 km wersja biegu dla chętnych) nie dam się dziś namówić. Mam niewielkie odciski na stopach i obtarcia w pachwinach (oczywiście zapomniałem użyć przed startem sudocremu). Ponadto jestem masakrycznie zmęczony. Na końcówce naprawdę wycisnąłem z siebie wszystko. Mój partner, choć w dużo lepszej formie na przedłużenie trasy nie nalega, za tydzień ma kolejne zawody. Gratulujemy i dziękujemy sobie wzajemnie. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Jestem szczęśliwy.

W szóstej edycji Biegu Rzeźnika wystartowało 185 drużyn, z których 140 ukończyło zawody. Do mety dotarło 291 zawodników w tym 8 kobiet. Wygrali specjaliści od rajdów przygodowych: zespół „Speleo Salomon Gore-Tex” w składzie Artur Kurek, Piotr Hercog. Zwycięzcy wbiegli na metę po 9 godzinach i 14 minutach. Dziesięć minut później (czas 9:24) zawody ukończył wojskowy team „Chłopcy z desantu” (Marek Szczepaniuk, Mariusz Szostak). Trzecią drużyną, która złamała 10 godzin (czas 9:36) był „Hotel Perła Południa Rytro Team” w składzie Marek Tokarczyk i Jakub Przystaś. Nasz zespół „Nieznani Sprawcy & PK4.pl Team” z wynikiem 10 godzin i 16 minut uplasował się na szóstym miejscu. Warto też odnotować, że Anna Świerczek biegnąc w drużynie z Robertem Celińskim uzyskała wynik 11 godzin i 6 minut, przez co poprawiła rekord kobiet należący wcześniej do Basi Muzyki.

Jak podsumować Rzeźnika w kilku słowach? Fajnie było. To dobrze zorganizowany liniowy bieg rozgrywany w ładnej scenerii. Nie jest tak ciężki jak orienterskie setki, wysiłek trwa krócej, nie trzeba główkować nad mapą. Mieliśmy ze sobą mapę oraz kompas, ale z nich nie korzystaliśmy. Jest kilka miejsc, w których istnieje groźba pomylenia szlaku, ale lwia cześć trasy jest dobrze oznakowana. Można zaryzykować start bez przyrządów nawigacyjnych. Na trasie liczy się przede wszystkim przygotowanie kondycyjne oraz umiejętności techniczne. Było to dobrze widać na przykładzie naszego zespołu. Miałem tyle szczęścia, że trafił mi się partner mocniejszy, który mobilizował a nie spowalniał. Przewaga Maćka widoczna była zwłaszcza na zbiegach. Techniczna umiejętność szybkiego zbiegania daje naprawdę dużo. Sam nawaliłem popełniając jakiś błąd przy odżywianiu. Nie wiem czy zjadłem zbyt mało obfite śniadanie czy też źle odżywiałem się na trasie. Może też zbyt ambitnie (lub jak kto woli zbyt głupio) poczynałem sobie na podejściach. W każdym razie efektem było odcięcie energii i kryzys w połowie wyścigu. Jeśli wystartuję następnym razem trzeba będzie zwrócić na tę sprawę baczniejszą uwagę. Można też próbować ograniczać sprzęt. Kijków trekingowych nie mieliśmy i jak się okazało słusznie. Wody do bukłaka można także lać mniej, zależy to od pogody i kondycyjnego przygotowania. Sam zużyłem na trasie 3 litry wody (start z 1,5 litra, potem dolałem na przepaku 1,5 litra). Maciek wbiegł na metę z tą samą wodą, którą wlał przed startem. Wystarczyły mu napoje na przepakach. Z osiągniętego wyniku jestem bardzo zadowolony. Myślę, że to wszystko, na co mnie stać przy obecnym poziomie wytrenowania. Co innego mój partner. Maciek zmęczył się Rzeźnikiem, ale chyba nie za bardzo. Tydzień później pojechał na Grassora (100 km pieszo na orientację), którego przy stosunkowo trudnej nawigacji ukończył na 3 miejscu z czasem 20 godzin i 18 minut. Jestem prawie pewien, że gdyby miał równego sobie partnera ukończyłby Bieg Rzeźnika w mniej niż 10 godzin. Cóż, takie są widać uroki zespołowych startów. Ktoś zawsze musi być mocniejszy a ktoś słabszy.

Paweł Pakuła





Startujemy…

27 05 2009

pk4team

W zasadzie od samego początku PK4 kręcił się wokół społeczności ludzi pozytywnie zakręconych. To właśnie ludzie są sercem tego bloga. Te wszystkie nasze burzliwe dyskusje, które nie tylko dostarczały gimnastyki naszym szarym komórkom, ale częstokroć dostarczały solidną porcję wiedzy, którą z powodzeniem można wykorzystać w praktyce. No i ta wszechobecna inspiracja! Wiem, że wielu czytelników – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – czerpie z moich poczynań inspirację. Wiecie, co? To działa w obydwie strony! Ludzie, których szczerze podziwiam i stawiam sobie jako wzory do naśladowania są stałymi czytelnikami PK4 (nazwisk nie podam, może kiedyś napiszę na ten temat artykuł?).

W czasie 2 lat istnienia PK4 z wolna budowała się całkiem sympatyczna grupa ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w rozwoju naszej małej społeczności. Sam fakt istnienie takiego nieformalnego zgromadzenia prosi się o rozwinięcie – o nadanie bardziej formalnych ram. Grubo ponad miesiąc temu Karol Ćmiel z Marszobloga [link] rzucił myśl – a może utworzyć PK4 TEAM? Myślałem już o tym wcześniej, nie miałem jednak jasnego pomysłu jak taki zespół mógłby wyglądać? Poza tym trochę się bałem… Nigdy nie czułem się zbyt dobrze w pozycji lidera, a przy takim tworze jak PK4 TEAM niechybnie musiałbym sprawdzić się w nowej roli.

Z drugiej strony, jeśli jest zapotrzebowanie? Jeśli część ludzi czuje się w jakiś sposób związana z PK4 i chciałaby uczestniczyć w takim zorganizowanym zespole, to dlaczego im tego nie umożliwić? Czasem warto po prostu zrobić coś, rzucić kamień i poczekać, a nóż lawina zejdzie sama? Tak jest właśnie w tym przypadku – nie mam pojęcia w co rozwinie się ten nasz zespół. Na pewno chciałbym, żeby był on w pewnym stopniu przedłużeniem tego, co dzieje się na blogu, chciałbym, żebyśmy zrobili krok naprzód, wyszli z dyskusji i wzajemnej inspiracji i przeszli do działania.

napisał: Kuerti








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.